Teraz jest 7 października 2022, o 19:57

The Chocolate Thief i The Chocolate Kiss - Laura Florand (Viperina)

Alfabetyczny spis recenzji ROMANSÓW WSPÓŁCZESNYCH

Moderatorzy: Fringilla, Duzzz

Avatar użytkownika
 
Posty: 3126
Dołączył(a): 10 marca 2014, o 12:43
Ulubiona autorka/autor: E. Hoyt, K. Byrne, R. Quasi, A. Giusti

The Chocolate Thief i The Chocolate Kiss - Laura Florand (Viperina)

Post przez Viperina » 21 września 2014, o 14:54

Obrazek

No cóż, po pierwsze, jeśli sięgnięcie po tę książkę, do czego zresztą gorąco Was zachęcam, to nie zaczynajcie lektury bez czekoladek. I to nie byle jakich, ale koniecznie ręcznie robionych, ze smakowitym nadzieniem, takich, jakie kupuje się na sztuki i przynosi do domu w eleganckim kartonowym pudełeczku przewiązanym wstążką, z firmową nalepką wytwórcy.

Bo książka jest pełna smaków, aromatów, zmysłowych opisów czekolady, choć nie tylko, jedna z najbardziej niewinnych erotycznych scen, jakie czytałam, to opis pysznych ravioles de Royans, którymi raczą się, siedząc przy oddzielnych stolikach, nasi bohaterowie...

No i listopadowy Paryż, bardzo romantyczny, bardzo klimatyczny, znów pełen zapachów: świeżych bagietek, marznącego deszczu, żelaznych balustrad na schodach kamienicy, po których wchodzą Cade i Sylvain do jej mieszkania, nawet lekko spleśniałych tapet w kwiatki, którymi obłożone są ściany tegoż mieszkania. Wreszcie atelier Sylvaina z nieodłącznym zapachem czekolady, wanilii, cynamonu, gałki muszkatołowej, nawet bazylii... Czytając, zanurzamy się w tych zapachach i po pierwszych trzydziestu stronach już wiemy, że dłużej nie damy rady bez czekoladek :)

Bohaterowie... Pamiętacie "Czekoladę" z Juliette Binoche i Johnym Deppem? To jest odwrotnie. Sylvain Marquis, chłopak z ubogich przedmieść Paryża, zrobił oszałamiającą karierę i został najlepszym mistrzem "czekoladnikiem" w Paryżu. Oficjalnie potwierdzony przez mera Paryża tytuł został mu nadany dzięki jego artyzmowi, talentowi, intuicji gastronomicznej i wyobraźni. Sylvain jest pewny siebie, może nawet arogancki (jakież to francuskie!), ale przecież zasłużenie, co tu kryć, Sylvain jest wielki, zdolny, pracowity, do swojej pracy podchodzi z oddaniem i pasją. Sylvain to jest ktoś. W dodatku, Sylvain bardzo szybko, bo już jako pryszczaty nastolatek odkrył, że "wszystko, czego pragną kobiety, to czekolada". Uwodzi zatem kobiety czekoladą. Niestety nie ma szczęścia w miłości, bo za każdym razem, kiedy się zaangażuje (a angażuje się niezmiennie w kobiety z wyższych sfer, dość zamożne, by kupować jego czekoladki po 100 euro za kilogram), okazuje się, że panie, chcą od niego tylko seksu i czekolady. Nim samym nie są już szczególnie zainteresowane. Stąd Sylvain jest bardzo wrażliwy na punkcie swojej dumy zawodowej i swojej dumy męskiej.

Ona z kolej, Cade Corey jest dziedziczką amerykańskiego koncernu sprzedającego przemysłowo wytwarzaną czekoladę w tabliczkach. Prostą, ordynarną czekoladę po 33 centy za tabliczkę w Wal-Marcie. Niby ten sam świat, ale tak naprawdę dwa różne światy. Cade nie jest typową zepsutą dziedziczką miliarderką. Owszem, ma pieniądze i potrafi z nich korzystać, ale nie szasta nimi bez sensu. Ma także mocno rozbudowane poczucie odpowiedzialności społecznej za pracowników koncernu, za przyszłość koncernu, za rodzinę. Oraz marzenie. Już na studiach Cade chciała wprowadzić na rynek produkt luksusowy, czekoladę dla bardziej wymagającego klienta, może po trzy dolary za sztukę. Do tego potrzebny jest jej przepis i... nazwisko. Najlepiej uznanego europejskiego mistrza czekoladnika. Najbardziej oczywistym wyborem jest Sylvain Marquis, którego karierę skrupulatnie prześledziła, ba, ma nawet na komórce tapetę ze zdjęciem jego dłoni wyrabiających czekoladę.

Cade jedzie zatem do Paryża, żeby zaproponować Sylvainowi interes. On daje przepis i nazwisko i inkasuje za to kilka milionów, ona wypuszcza na rynek luksusową czekoladę pod szyldem Corey, firmowaną jego nazwiskiem. Sylvain oczywiście ją wyrzuca. Produkty Corey uważa za "merde" (notabene podobnego zdania jest bezdomny z Ogrodu Luksemburskiego, którego Cade obdarowała tabliczką czekolady Corey) i absolutnie nie zamierza kompromitować swojego nazwiska współpracą z koncernem. Co gorsza, podobnego zdania są wszyscy pozostali słynni paryscy czekoladnicy. Zdesperowana i dotknięta do żywego Cade włamuje się w nocy do atelier Sylvaina i kradnie mu czekoladki. Sylvain orientuje się, dowiaduje się o tym zaprzyjaźniony z nim bloger gastronomiczny i opisuje to na blogu, "złodziejka czekoladek" przysparza firmie Sylvaina jeszcze większej popularności. Później, wskutek nieoczekiwanego splotu okoliczności, prasa informuje opinię publiczną, że domniemaną złodziejką czekoladek jest dziedziczka koncernu Corey. Bomba wybucha, a chwilę po niej romans.

To jest książka dla smakoszy. Nie ma w niej dramatozy, nie ma porwań, zagrożeń życia, niebezpieczeństwa (no może poza lekko zaakcentowanymi zagrożeniami dla interesów). Jest dwójka fajnych, sympatycznych i przyzwoitych ludzi, którym od samego początku kibicujemy i chcemy, żeby się dogadali, bo czujemy, że są dla siebie stworzeni. Wiemy także, że nie obejdzie się bez kompromisu, który wyszedł autorce bardzo rozsądnie, bez głupot i wziętych z kosmosu nierealnych rozwiązań.

Gdybym się musiała koniecznie doczepić czegoś, to drobna nieścisłość co do wieku bohaterów. Autorka nie podaje, po ile mają dokładnie lat, ale wiemy, że ojciec Cade jest krótko po pięćdziesiątce. Cade jest pięć lat po studiach (studiowała chemię na uniwersytecie), z czego wynika, że może mieć jakieś 28-29 lat. W którymś momencie dowiadujemy się, że Sylvain jest od niej o 14 lat starszy. Czyli powinien być po czterdziestce. A na koniec dowiadujemy się, że jego matka ma 53 lata. Ergo mamy obsuwę o jakieś dziesięć lat. Zresztą z zachowania i opisów Sylvaina wynika, że może mieć jakieś 34 lata max 35 (co by pasowało do wieku jego matki). Nie wiem, czy to błąd autorki, czy lost in translation (czytałam po włosku). Ale to drobiazg, którym nie warto psuć sobie naprawdę smakowitej lektury.

I drugi drobiazg - autorka nie doczytała, że Mata Hari była szpiegiem, owszem, ale z czasów Pierwszej, a nie Drugiej Wojny Światowej. Taka lekka wpadka.

Bardzo, bardzo zachęcam i zamierzam pociągnąć dalej cykl (na razie po włosku jest tylko druga część, mam nadzieję, że będą i następne).
Przeciętna kobieta zakochuje się siedem razy w roku, w tym sześć razy w butach.

All woman desire a Mr. Darcy.
Unfortunately, all man have no idea who that is.

Avatar użytkownika
 
Posty: 21223
Dołączył(a): 17 grudnia 2010, o 11:15

Post przez Agrest » 22 września 2014, o 09:23

Czytałam dwa opowiadania Florand i jedno mi się nie podobało (The Chocolate Rose), a drugie tak (Snow-Kissed). No ale opowiadania to opowiadania, nie zawsze odzwierciedlają umiejętności autorki, więc chętnie bym przeczytała pełną powieść, tylko czemu one takie drogie, buu. Bez promocji/taniej używanej się nie obędzie ;)
"I read a story to-night. It ended unhappily. I was wretched until I had invented a happy ending for it. I shall always end my stories happily. I don't care whether it's 'true to life' or not. It's true to life as it should be and that's a better truth than the other."

Emily Byrd Starr

Avatar użytkownika
 
Posty: 3126
Dołączył(a): 10 marca 2014, o 12:43
Ulubiona autorka/autor: E. Hoyt, K. Byrne, R. Quasi, A. Giusti

Post przez Viperina » 22 września 2014, o 10:11

The Chocolate Rose to trzecia część cyklu (245 stron, więc chyba powieść, nie opowiadanie).

http://www.goodreads.com/book/show/1778 ... olate-rose

Pierwszą część cyklu czytało mi się bardzo dobrze, jeszcze jedna rzecz, która mi się podobała, a o której nie wspomniałam w poprzednim poście, to zderzenie kultury europejskiej z amerykańską. Bohaterowie różnią się podejściem do jedzenia, do smaków, Sylvain jest wysublimowany, elegancki, przemawiają za nim wieki europejskiej tradycji i kultury, Cade jest po amerykańsku praktyczna i przedsiębiorcza. Cudownie się uzupełniają.
Przeciętna kobieta zakochuje się siedem razy w roku, w tym sześć razy w butach.

All woman desire a Mr. Darcy.
Unfortunately, all man have no idea who that is.

Avatar użytkownika
 
Posty: 21223
Dołączył(a): 17 grudnia 2010, o 11:15

Post przez Agrest » 22 września 2014, o 10:27

Faktycznie, długość pliku jasno mówi, że to nie opowiadanie - nie wiem zupełnie, czemu tak to pamiętam (nawet teraz wiedząc że to powieść wciąż pamiętam to jako coś krótkiego :lol: ). No ale tak czy owak, niestety nie podobało mi się. Ale mam nadzieję, że kiedyś jeszcze przeczytam pierwsze części dla porównania, zwłaszcza że byłam na tak, jeśli chodzi z kolei o Snow-Kissed.
"I read a story to-night. It ended unhappily. I was wretched until I had invented a happy ending for it. I shall always end my stories happily. I don't care whether it's 'true to life' or not. It's true to life as it should be and that's a better truth than the other."

Emily Byrd Starr

Avatar użytkownika
 
Posty: 3126
Dołączył(a): 10 marca 2014, o 12:43
Ulubiona autorka/autor: E. Hoyt, K. Byrne, R. Quasi, A. Giusti

Post przez Viperina » 1 października 2014, o 09:21

Przeczytałam drugą część cyklu, czyli:

Obrazek

i jestem autentycznie urzeczona.

Po pierwsze, znowu Paryż (och, jakże miła zmiana dekoracji po wszystkich anglosaskich historiach).

Po drugie, znowu fajna para bohaterów. On, Philippe Lyonnais (tu mała gra słów, bo lyonnais po francusku oznacza lioński, a w herbie miasta Lyon jest lew, co prawda etymologicznie nazwa miasta nie wywodzi się od lwa, ale biorąc pod uwagę opisy postaci, skojarzenie nazwiska z lwem jest oczywiste), jest najsłynniejszym w Paryżu, czyli w całej Francji, czyli na całym świecie, cukiernikiem - wytwórcą słynnych paryskich makaroników. Philippe wywodzi się z rodziny, która od pięciu pokoleń produkuje makaroniki, ale to właśnie on wzniósł szlachetną sztukę wypiekania na nieznane dotąd wyżyny. Rodzina obecnie dysponuje siecią cukierni w Paryżu i Philippe postanawia otworzyć kolejną w Île de la Cité. Traf chce, że wybrana przezeń lokalizacja znajduje się na ulicy, na której Magalie Chaudron (tu znowu etymologiczna zabawa nazwiskiem - chaudron po francusku oznacza kociołek) prowadzi wraz z dwiema ciotkami klimatyczną pijalnię czekolady i herbaty pod wdzięczną nazwą La Maison des Sorcières (Dom Czarownic). Powstanie jednej ze słynnych cukierni Philippe'a Lyonnais w pobliżu z pewnością zagrozi dalszej działalności lokalu ciotek Magalie. Magalie udaje się więc do Philippe'a, żeby w kilku krótkich żołnierskich słowach zniechęcić go do otwarcia cukierni. Philippe podejmuje rękawicę.

Po trzecie, fajne podchody i ścieranie się bohaterów: Magalie znana jest ze wspaniałej pitnej czekolady. Za każdym razem, kiedy przyrządza swój napój, robi go dla konkretnej osoby i wypowiada nad garnkiem życzenie albo zaklęcie. Zaklęcia działają :) Philippe od samego początku jest przekonany, że Magalie to czarownica, więc stanowczo odmawia spożycia jej napoju (chociaż na niego też ma olbrzymią ochotę ;) ). Z kolei Magalie uważa, że spożycie makaroników, które kolejno ofiarowuje jej Philippe, będzie oznaczało złożenie broni z jej strony i poddanie się aroganckiemu cukiernikowi. I tak strony sporu się ścierają. Philippe przynosi makaroniki, Magalie ich nie je. Magalie przyrządza czekoladę, Philippe odmawia jej wypicia, oboje w duszy zazdroszcząc innym, którzy pozwalają sobie na spożywanie przysmaków drugiej strony...

Po czwarte, smaki i aromaty. Znowu ciężko jest przeczytać książkę i nie wypić przy tym czekolady lub nie skosztować makaronika...

Po piąte, magia. To jest naprawdę magiczna książka, zaklęcia, czekoladowe czarownice, bajeczne wystawy okolicznościowe, klimat małego lokaliku z klientami, którzy pierwszy raz trafiają tam przypadkiem...

Po szóste, humor - niektóre sceny są naprawdę zabawne ("dałaś pieprzonemu psu moje serce???") i gra słów ("dałaś pieprzonemu psu moje serce???").

Po siódme, ładna historia miłosna, bohater, który zwyczajnie się zakochuje, nie świruje (to znaczy, świruje, ale w inny sposób), chce spędzić życie z ukochaną i nie ma kłopotu z werbalizacją swoich uczuć. Bohaterce może mogłabym zarzucić zbytnią opieszałość w poddaniu się uczuciu, ale biorąc pod uwagę jej dotychczasowe przejścia (egoistyczni rodzice), w sumie trudno się dziwić. Na szczęście dziewczyna ogarnęła się w krótkim czasie po tym, jak przegięła. Przy okazji, bohaterowie są zwyczajnymi zapracowanymi ludźmi. Philippe może i jest arogancki, ale jego postawę można także uznać za słuszne poczucie własnej wartości. Żadne z obojga nie jest hulaką, łamaczem serc czy rozpustnikiem. To miła odmiana po modnych obecnie bohaterach "pukam-wszystko-co-mi-się-nawinie-bo-tylko-w-tym-jestem-świetny".

Reasumując, bardzo zachęcam do obu tomów i czekam na wydanie w dostępnym dla mnie języku następnych.

Niestety tłumaczenie na włoski było mocno chropowate, ale sądzę, że wersja angielska będzie dużo przyjemniejsza w odbiorze.
Przeciętna kobieta zakochuje się siedem razy w roku, w tym sześć razy w butach.

All woman desire a Mr. Darcy.
Unfortunately, all man have no idea who that is.

Avatar użytkownika
 
Posty: 33018
Dołączył(a): 18 maja 2011, o 15:02
Ulubiona autorka/autor: Janet Evanovich

Post przez Janka » 1 października 2014, o 12:40

Viperina napisał(a):Bardzo, bardzo zachęcam i zamierzam pociągnąć dalej cykl (na razie po włosku jest tylko druga część, mam nadzieję, że będą i następne).

Czuję się zachęcona do czytania.
Po niemiecku wydano też na razie dwie pierwsze. Pierwszą już mam.

Ciekawe, czy uda mi się czytać nie jedząc czekolady. Zrobię takie doświadczenie.
U mnie będzie ono o tyle trudne do przeprowadzenia, że jem czekoladę (itp.) zamiast śniadania, drugiego śniadania i podwieczorku, a często też zamiast kolacji.
Albo przeciwnie, u mnie będzie dlatego łatwe do przeprowadzenia, że pomiędzy posiłkami nie mogę już patrzeć na czekoladę.

Viperino, pokażesz tu włoskie okładki?
Obrazek

Avatar użytkownika
 
Posty: 3126
Dołączył(a): 10 marca 2014, o 12:43
Ulubiona autorka/autor: E. Hoyt, K. Byrne, R. Quasi, A. Giusti

Post przez Viperina » 1 października 2014, o 12:45

Jasne, aczkolwiek słabe są, szczególnie ta druga (no na litość bogini - nie mogli już dać makaronika zamiast mufinka???)

Obrazek

Obrazek
Przeciętna kobieta zakochuje się siedem razy w roku, w tym sześć razy w butach.

All woman desire a Mr. Darcy.
Unfortunately, all man have no idea who that is.

Avatar użytkownika
 
Posty: 33018
Dołączył(a): 18 maja 2011, o 15:02
Ulubiona autorka/autor: Janet Evanovich

Post przez Janka » 1 października 2014, o 14:06

No tak, mogli.
Ale nie są złe. Bardzo przyjemne optycznie.
Na razie niemieckie podobają mi się najbardziej.
Ciekawe, czy kiedyś dojdą polskie.
Obrazek

Avatar użytkownika
 
Posty: 6676
Dołączył(a): 13 lutego 2014, o 09:54
Ulubiona autorka/autor: Krentz

Post przez szuwarek » 1 października 2014, o 14:24

Janko - ja sama ostatnio robię czekoladę.... i kuleczki czekoladowe na prezenty świąteczne...
a jakie sa niemieckie?
ale skarżysz się czy chwalisz - bo nie wiem jak reagować

Avatar użytkownika
 
Posty: 33018
Dołączył(a): 18 maja 2011, o 15:02
Ulubiona autorka/autor: Janet Evanovich

Post przez Janka » 1 października 2014, o 14:38

Okładki niemieckie wstawiałam niedawno w wątku z podobającymi się okładkami.
Nie umiem podlinkować postu, ale są od razu na ostatniej stronie.
Obrazek

Avatar użytkownika
 
Posty: 3126
Dołączył(a): 10 marca 2014, o 12:43
Ulubiona autorka/autor: E. Hoyt, K. Byrne, R. Quasi, A. Giusti

Post przez Viperina » 1 października 2014, o 14:48

Pozwalam sobie wstawić:

Obrazek

Obrazek
Przeciętna kobieta zakochuje się siedem razy w roku, w tym sześć razy w butach.

All woman desire a Mr. Darcy.
Unfortunately, all man have no idea who that is.

Avatar użytkownika
 
Posty: 33018
Dołączył(a): 18 maja 2011, o 15:02
Ulubiona autorka/autor: Janet Evanovich

Post przez Janka » 1 października 2014, o 14:59

O właśnie.
Słodkie, co nie?
Obrazek

Avatar użytkownika
 
Posty: 6676
Dołączył(a): 13 lutego 2014, o 09:54
Ulubiona autorka/autor: Krentz

Post przez szuwarek » 1 października 2014, o 20:28

sliczne... chyba zrobię czekoladę :hyhy:
ale skarżysz się czy chwalisz - bo nie wiem jak reagować


Powrót do Recenzje romansów współczesnych

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość